(WROCŁAW) Piątek, godzina 4.10. Na policję dzwonią strażacy.
- Pożar w restauracji przy ulicy Odrzańskiej – informują. Na miejsce jadą funkcjonariusze. Widzą wybitą szybę, na podłodze leży butelka, ogień już ugaszony. Stwierdzono, że restauracja została podpalona. Do środka wrzucono butelkę z koktajlem Mołotowa.
- Kilka minut po godzinie 4 zadzwonił do mnie dyżurny z firmy ochroniarskiej, która pilnuje lokalu – opowiada współwłaściciel restauracji, Syryjczyk z polskim paszportem. Zależy mu na tym, aby zachować anonimowość. – Kiedy bandyci wybili szybę włączył się alarm. Na szczęście szybko wezwano straż pożarną. Kiedy usłyszałem o pożarze, szybko się ubrałem i pojechałem do lokalu.
Nowa restauracja
- Otworzyliśmy restaurację dwa tygodnie temu – mówi mężczyzna. – Wydałem mnóstwo pieniędzy na remont i wystrój lokalu. Teraz czekają mnie dodatkowe koszty. To będzie co najmniej kilkanaście tysięcy złotych. Trzeba zamówić ekipę budowlaną, wymienić meble.
Gdyby nie wybita szyba w oknie restauracji i zastawione ozdobnymi drzewkami wejście, nikt pewnie by nie zauważył, że coś się stało. Fasada budynku nie została uszkodzona. Dopiero w środku widać ślady pożaru. Spalony fragment podłogi, nadpalone krzesła, okopcony sufit.
- Sprawcy wybili szybę kamieniem i wrzucili do środka podpaloną butelkę, w której była benzyna i kawałek szmaty, tak zwany koktajl Mołotowa – opowiada Beata Tobiasz z zespołu prasowego komendy wojewódzkiej.
Wymuszenie haraczu?
- Całe szczęście, że butelka spadła na krzesło – mówi współwłaściciel restauracji. – Gdyby znalazła się na podłodze, pewnie cały lokal by spłonął.
Współwłaściciel klubu mówi, że nie wie dlaczego ktoś mógłby chcieć zniszczyć jego restaurację. Wyklucza wersję, że podpalenie mogło mieć związek z zamachami terrorystycznymi w Stanach Zjednoczonych.
- Nikt mi nie groził, nie pojawił się też nikt z żądaniem, abym płacił haracz. Prowadzę już jedną restaurację w pobliżu ulicy Piłsudskiego. Przecież gdyby chcieli ode mnie haracz, to przyszliby najpierw tam.
Właściciel lokalu mówi, że ma nadzieję, iż to byli tylko złodzieje, którzy chcieli obrabować restaurację, a nie wizyta jakiejś grupy przestępczej, zajmującej się wymuszaniem haraczy. Pokazuje podświetlony bar, na którym stoją butelki z alkoholami.
- Bar jest podświetlony przez całą dobę – opowiada. – Może ktoś wracał z jakiegoś klubu i przez okno widział butelki z alkoholami, więc usiłował włamać się, żeby je ukraść. Kiedy włączył się alarm, to z zemsty podpalił restaurację.
Akcja konkurencji?
Myślę, że podpalenie mogli zorganizować właściciele konkurencyjnych restauracji – dodaje po chwili zastanowienia Syryjczyk. – W końcu działamy tu od niedawna. Może zabieramy komuś klientów?
– Podpalenie mogło być ostrzeżeniem – ocenia wrocławski policjant – Być może ktoś chciał dać do zrozumienia restauratorowi, że powinien płacić za tak zwaną opiekę i w ten sposób uniknie kłopotów. Złodzieje nie zachowują się w ten sposób. Po co zwykły rabuś miałby wrzucać koktajl Mołotowa do lokalu?
- Badamy wszystkie okoliczności – mówi Beata Tobiasz. – W tej chwili nie można wykluczyć żadnej wersji. Bierzemy pod uwagę zarówno to, że za podpaleniem może stać ktoś z konkurencji, jak i to, że mogli to być bandyci, którzy chcieli zmusić właścicieli lokalu do płacenia haraczu.
Autor artykułu: Renata Grochal